Feministki prowadza otwarta wojnę z każdym, kto w nierówny sposób traktuje kobiety w porównaniu do mężczyzn. Ale czy rzeczywiście można ich wojny uznać za celowe, mające cokolwiek zmienić w życiu? Feministki walczą o to, by kobiety traktować z szacunkiem, by miały płace równe mężczyznom. I w większości przypadków rzeczywiście tak jest – płace pracownika mierzy się nie długością jego włosów czy wielkością biustu, ale zasługami.

Ale czy te same kobiety tak zażarcie walczące o to, byłyby w stanie pójść na 10 godzin dziennie do kopalni i pracować w pocie czoła? Czy podejmą się zawodu patologa sądowego albo komandosa?

Kobiety z pewnych względów są na starcie dyskryminowane, i to bynajmniej nie z powodu uprzedzeń męskich, ale z powodu ich predyspozycji fizycznych do wykonywania pewnych zawodów, czy też braku tych predyspozycji.

Jednak na pocieszenie feministkom należy dodać, że są zawody, których wykonywanie jest znacznie przyjemniejsze i opłacalne, gdy się dołoży ku temu wszelkich starań, a do których wręcz wymagane jest bycie kobietą. Może więc, zamiast prowadzić wojny o równouprawnienie, należy wykorzystywać to, że się jest kobieta, i przywileje, które kobietom przysługują od dawien dawna?

Z pewnością każdej kobiecie będzie miło, gdy mężczyzna poniesie za nią ciężkie zakupy lub zapłaci za jej sałatkę w restauracji. Może więc te delikatne różnice wynikające z odmienności płci, nie są wcale tak złe? Może niekiedy potrafią być nawet… wygodne? Czemu kobiety miałyby chcieć zmieniać coś, do czego przywykły?